niedziela, 5 lutego 2017

Sesja obserwacyjmna 28-01-2017


Kilka dni bezchmurnego nieba nastroiło mnie aby odkurzyć teleskop i w końcu złapać coś ciekawego na zimowym niebie...
A tam skarby Panie... W oczy napiernicza jak wściekła, planeta Wenus! Jej blask prawie oślepia... a będzie jeszcze "gorzej"... tzn lepiej :) Jej blask będzie rósł aż do 18 lutego, kiedy to osiągnie -4,63 mag ! Będzie najjaśniejszym obiektem na niebie po Słońcu i Księżycu. 
Tutaj wraz z Marsem, na zachodnim niebie.



W tej chwili planeta zbliża się do Ziemi. Jej rozmiary kątowe coraz bardziej się zwiększają, aby 21 marca osiągnąć 59'' kątowych. To bardzo dużo jak na planetę oddaloną o wiele milionów kilometrów od Ziemi. Średnia odległość to 108 208 926 km. 
W chwili największego zbliżenia ta odległość będzie dużo mniejsza i wyniesie ok 40 mln km.
Wg Wikipedii "Wenus ma gęstą atmosferę, która składa się głównie z dwutlenku węgla i niewielkiej ilości azotu. Masa atmosfery jest 93 razy większa od ziemskiej" dlatego w przeciwieństwie do Marsa, nie możemy dostrzec żadnych szczegółów na powierzchni planety. 
Z powierzchni Ziemi widzimy fazę Wenus i gęstą warstwę atmosfery... Tak jak na zdjęciach z mojego podwórka...



Tuż obok Wenus, nieśmiało zaznacza swą obecność Mars...
Niepozorna pomarańczowa "gwiazdka"... Choć jeszcze kilka miesięcy temu był królem nieba... :)
  Tu fotografia wykonana z mojego podwórka podczas największego zbliżenia Marsa w czerwcu 2016 roku.

Tutaj ta sama planeta, z tymi samymi parametrami wykonania zdjęcia. czyli Teleskop TAŁ100RS, ogniskowa 1000mm, detektor, Canon A580. Avikowanie w projekcji okularowej okular 8mm plus soczewka Barlowa 3X.



Widać wielką różnicę w wielkości kątowej Marsa, jak i fazę planety... W czerwcu była w pełni, teraz mamy planetę nadgryzioną ;)

Oprócz planet na zachodnim niebie, Na południu mamy króla zimowego nieba Oriona... Zakochany myśliwy,broniący swych oblubienic, 7 sióstr Plejad, przed rozwścieczonym Bykiem. 

Uwielbiam na niego patrzeć... to właśnie od niego zaczęła się moja fascynacja niebem, O mnie...  która przerodziła się w pasję... 



To tylko część konstelacji ale mam zamiar zrobić zdjęcie całego gwiazdozbioru, może wraz z Plejadami i bykiem i opowiedzieć Wam historię zakochańca :).



Tak mnie skubaniec fascynuje, że na ścianie sypialni wykleiłem konstelację małych kółeczek wyciętych z fosforyzujacej tablicy przeciwpożarowej :) I mam Oriona w nocy przez cały rok :)
Oczywiście Orion sam w sobie jest pięknym tworem :), ale gdy przyjrzeć mu się bliżej, kryje w sobie wiele ciekawych obiektów. W mieczu Oriona mamy najjaśniejsza na naszym niebie mgławicę... Wielką Mgławicę Oriona, skatalogowaną w katalogu Messiera jako M42.

Tutaj stack ok 117 klatek po 25sek każda ISO 800.


Na koniec jeszcze sympatyczna koniunkcja Księżyca, Marsa i Wenus wykonana 3 dni później, 01-02-2017




Warto, raz na jakiś czas, spojrzeć w niebo i dostrzec piękno otaczającego nas wszechświata...


                                                   Mariusz Rudziński

niedziela, 4 grudnia 2016

Koniunkcja Księżyca i Wenus 03-12-2016

Dziś 3-12-2016, (czyli wczoraj ;)) zdarzyła się piękna koniunkcja, czyli spotkanie dwóch najjaśniejszych obiektów na naszym nocnym niebie,
Księżyca, 4 dni po nowiu z planetą Wenus która przekroczyła już swoją "pierwszą kwadrę".

Obiekty oddalone były od siebie na niebie o 5* kątowych, jednak w kosmosie dzieliła je odległość ok 0,9 j.a. czyli prawie odległość jak z Ziemi do Słońca

Piękny duet nie dał się nie zauważyć. 
Już dzień wcześniej dostałem sygnał, że coś ciekawego dzieje się na niebie z zapytaniem cóż to za piękna jasna gwiazda czy planeta, tak cudnie prezentuje się z sierpem Księżyca... Oczywiście była to planeta Wenus


                                                                     Para nad lasem

                         I na tle różowego nieba tuz po zachodzie Słońca



                           Zachodzące za las  
                             
                         
                                         Księżyc z bliska      

           

Na dłuższych czasach. Chciałem uzyskać światło popielate ale mleko na niebie nie pozwoliło na uchwycenie szczegółów. To było magiczne spotkanie... każdy kto widział był zapewne zadowolony ;)



                                             Mariusz Rudziński

Superpełnia 14-11-2016

Wrzucam zaległy post o okrzyczanej wszędzie gdzie się tylko da, Super turbo pełni ;)

Miała ona miejsce 14-11-2016. Księżyc wzeszedł ok godz 17stej. Niestety byłem wtedy w pracy i nie mogłem przygotować się do obserwacji tak jak trzeba

Mimo wszystko zabrałem ze sobą statyw i aparat i udało się wykonać kilka zdjęć.


Wieża kościoła już po zachodzie Słońca

Za plecami planeta Wenus, przede mną wschodzący
SuperKsiężyc :).


Pierwsze światło... Tarcza Księżyca wyłania się spoza chmur...
Połowa Łysego już już ;)


Księżyc zbliża się do baszty...W tej chwili jest 356536 kilometrów od naszej planety...


Na nieco dłuższych czasach bo baszty już w ciemności nie widać

Czerwona gęba Łysego ;)

             Ciekawe ujęcie drzew na tle Księżyca


Rąbek dachu baszty na tle tarczy

                    Księżyc już w całej okazałości

A tutaj już po powrocie do domu... Super pełnia w pełni ;)
 W mediach było wiele informacji które tą pełnię Księżyca ukazywały jako coś niewyobrażalnego... Była to nieco większa pełnia niż zwykle i tak tez do niej podszedłem... Piękny widok i owszem ale dupa została na swoim miejscu ;).
Kolejna pełnia już 13-12-2016 :)




                                               Mariusz Rudziński

poniedziałek, 10 października 2016

Nie typowo... 17 PKO Poznań* Maraton 09-10-2016


 Tak wiem, to blog o tematyce astronomicznej... ale to tak astronomiczne wydarzenie mojego życia, że postanowiłem je tu nieco przybliżyć ;) 

Kilka słów o wydarzeniu jakim był dla mnie 17 Poznań Maraton… Co prawda nie był to mój pierwszy raz, kiedy pokonałem ten królewski dystans, ale pierwszym razem, biegłem w samotności, sam dla siebie.


Rok temu dystans 42,195 km, pokonałem w czasie 5 godzin i 2 min. Tym razem postanowiłem przebiec maraton w towarzystwie bez mała 7000 innych biegaczy ;).

Oczywiście taka impreza to zupełnie inne uczucia, inna atmosfera.
Pakiet startowy odebrany...





Pełna gotowość


Obowiązkowy makaron przed startem zjedzony ;)

Linia mety obcykana ;)

Trasa zapamiętana...


             
Tuż przed wyjściem na linię startu



Jeszcze kilka minut i rozpocznie się odliczanie...

Daaawać mi te 42 kilometry ;)
Ostatnie zdjęcia przed linią startu i OGIEEEŃ!!!

Tłumy zawodników na starcie, muzyka i odliczanie spikera 4,3,2,1, START! Powodują, że już na starcie gardło się zaciska i łzy napływają do oczu…

Nagle odpuszczają wszystkie nerwy przedstartowe i ruszamy do boju.
Pierwsze 10 km to taka jakby rozgrzewka…
Trzymam się pacemakerów na czas 4:30. Na 11km potrzeba odwiedzenia krzaczków ;) powoduje ze znów muszę ich gonić…

Pace maker to taki biegacz który ma przytwierdzoną do plecaka flagę z zapisanym czasem w którym zakłada dotarcie do mety i nadaje odpowiednie tempo biegu.
Oceniając swoje siły i możliwości założyłem ze do metry chce dotrzeć właśnie w czasie 4godz i 30 min, tym samym poprawiając swój rekord życiowy o 30 min. 

                             Mój plan na maraton...


Na 21 kilometrze dociera do mnie, że to dopiero połowa dystansu…! O matko! To ja mam przebiec jeszcze raz tyle?!

No cóż, dobra,dwa łyki izotonika pół banana i naprzód…
Około 27 kilometra czuję, że zaczynam prawdziwy bieg maratoński. Zaczynam odczuwać ból nóg. Tempo 6:24 min/km nie powoduje jeszcze zadyszki ale nogi zaczynają dostawać popalić… Na 30 km stwierdzam że jest dobrze więc nieco przyspieszam i zostawiam moich pacemakerów delikatnie z tyłu… cały czas mam ich w zasięgu wzroku i choć powoduje to dziwny ból pleców, lekko odchylając się za siebie widzę że biegną ok. 30m za mną…
Doping kibiców na trasie pomaga pokonywać kolejne kilometry. Zabawne transparenty w stylu  „Zachciało się darmowych bananów to teraz biegnij!”  Oczywiście chodzi nie tylko o banany które były dostępne na stołach dla biegaczy co 5 km, ale także pomarańcze, woda, izotoniki, czekolada, rodzynki, cukier w kostkach itd… Albo poznańskie  „Tey, długo mamy na was czekać?!” :).

Na 36 km żarty się skończyły i trzeba było zacząć walczyć z samym sobą... z bólem nóg, w moim przypadku także pleców… mimo to, cieszyłem się, że nadal jestem w grze i mam sporo sił... miło było, na 6km przed metą, wyprzedzać kolejnych zawodników…
Widziałem biegaczy którzy szli, leżeli cuceni przez ratowników, zwijających się z bólu spowodowanym skurczami mięśni… Ja odczuwałem dziwne dreszcze na nogach, ból pleców i mięśni nóg, twardych jak skała… mimo to na 300 m przed metą zerwałem się do finiszu :)… Chyba zostawiłem sobie zbyt dużo sił na koniec biegu bo na metę gnałem jakbym finiszował na dyszkę ;). Za ostatnim zakrętem widzę już błękitny dywan wpadam na niego wyprzedzam kogo się da :).
Po 4 godzinach 28 min i 14 sek z rękami wzniesionymi w górę krzycząc „ZROBIŁEEM TOO!!”  przekroczyłem linię mety… Dla porównania nicości tego wyniku... 02:16:58 to czas zwycięzcy 17. PKO Poznań Maratonu - Kenijczyka Terera Dicksona! :)

Czas na wyświetlaczu to oczywiście czas brutto :). Czyli czas od wystrzału startera. Do klasyfikacji zawodników liczony jest czas netto czyli od momentu przekroczenia przez zawodnika linii startu. Przy tak dużej ilości biegaczy to nawet kilka minut różnicy...

                 Wpadam na metę 17 Poznań Maratonu! 

Zdyszany wyczerpany… stanąłem i nie mogłem ruszyć z miejsca… Nogi bolą jak sam skurczybyk… Każdy krok sprawia ból… cudownie… :). Chwile błąkam się w strefie dla ledwo żywych ;).

Jeszcze nie bardzo wiem co dalej… Przechodzę przez bramki odbieram ciężki piękny, wymarzony i zasłużony medal, dopiero teraz odzyskuje na tyle świadomości że zaczyna docierać do mnie co zrobiłem… Gardło zaciska się i łzy lecą po policzkach… cudowne uczucie… Było warto! Było naprawdę warto!
          Jeszcze oszołomiony, ale już wiem co mam w ręce ;)

Jeszcze 3 razy wzruszam się… a doświadczeni koledzy biegacze mówili weź chusteczki bo na mecie będą ci potrzebne… Miałem… ale zapomniałem :). Każdy biegacz powinien przebiec królewski dystans aby poczuć tę moc i doznać uczuć jakich nie często się doznaje… Było bosko… Chce więcej! :) :) :)

Zwycięstwo! Moje, prywatne zwycięstwo nad własną niemocą...

Szczęście i duma!

  Pamiątkowy autograf i zdjęcie z Iwoną Bernardelli reprezentantką Polski w maratonie na igrzyskach w Rio








                               Jest też druga strona medalu...ta dosłowna ;)  



                                                           Mariusz Rudziński